Od kilku dni chodząc po Krakowie można natknąć się na czerwoną anomalię… Tak, to plakaty „Szczęśliwej ręki”.
Czy w 2025 roku outdoor ma sens przy promocji książki? Nie wiem.
Jest w tym coś oldschoolowego. A równocześnie mam olbrzymią frajdę, że moja książka, której akcja w sporej części rozgrywa się w Krakowie, jest obecna w przestrzeni miejskiej.
Kino Kijów, Aleje, Zwierzyniec – jeśli jesteście w tych okolicach, to możecie się natknąć na słup reklamowy albo citylight.
Fajnie, że ta niesamowita ośmiornica może się na chwilę wyrwać na miasto, do ludzi.
Fajnie, że ta czerwień tak kłuje oczy.
Nie chodzi tu nawet tak bardzo o marketing, bo nie sądzę, żeby efektem były setki zamówień. Ale może jest w tym odrobina street artu. Sprawia mi to radość. I to jest chyba najważniejsza rzecz w całym tym zamieszaniu związanym z wydaniem książki.
PS. Słupy reklamują spotkanie autorskie. Ono oczywiście za nami – ale kto przegapił, to może posłuchać podcastu Alfabet Wojtusika. Wyszła chyba całkiem ciekawa rozmowa, warto!






